wtorek, 31 lipca 2018

"To nie ja, kochanie" Tillie Cole

17:25:00 0 Comments
Pomimo tego, że coraz większa liczba autorów stara się poruszać tematy niecodzienne, ciągle w codziennym życiu większość z tych typowych tematów, o których po prostu się nie mówi, leży nietykana. Tillie Cole wyszła temu na przeciw i napisała całkiem dobrą książkę o sektach, więc zdecydowanie warto się zapoznać z tym, co oferuje.

Nr. recenzji: 197
Tytuł: "To nie ja, kochanie"
Autor: Tillie Cole
Tłumacz: Grzegorz Rejs
Liczba stron: 376

Data polskiego wydania: 18 lipca 2018
Wydawnictwo: editiored

Salome, a właściwie Mae, została wychowana w nietypowej społeczności. Poznajemy ją w momencie, kiedy ucieka od niej w przestrachu oraz próbuje przekopać się, aby przejść pod płotem, który oddziela ją od upragnionej wolności. Dziewczyna nie ustaje w wysiłkach, nawet gdy zostaje pogryziona przez psa strzegącego płotu. W końcu jej się udaje i biegnie przez las w bitwie o swoją wolność. Pomaga jej kobieta w ciężarówce, która w końcu zostawia ją w dość dalekiej odległości. Tam Mae zostaje znaleziona przez chłopaka, który kiedyś wydawał jej się tylko snem, ponieważ poznała go przy płocie, gdy przechodziła przez jeden z najgorszych okresów swojego życia. Styx również od razu poznaje swoją "dziewczynę o wilczych oczach", która jest jedną z trzech osób, do których udało mu się kiedykolwiek odezwać. Wierzy, że uda mu się to zrobić ponownie, przezwyciężając lęk, który go nachodzi, gdy tylko pomyśli o swoim... jąkaniu się.

Czy tak niestandardowa dwójka bohaterów, pochodzących z aż tak niestandardowych oraz niecodziennych środowisk, mogła dać nam coś innego niż niesamowitą opowieść, pełną oryginalnych pomysłów? Nie sądzę. Podziwiałam autorkę za to, jakich tematów się podjęła. Niemniej, po przeczytaniu, mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że wykonanie, które sobie narzuciła, nie jest w żadnym calu gorsze niż same pomysły. Stworzenie całej odrębnej kultury, a nawet dwóch, które się swobodnie przenikały, z zastosowaniem oryginalnych zasad panujących w obu społecznościach, przy użyciu języka, który został na ich użytek dopasowany. Naprawdę, doceniam wkład pracy, który autorka musiała włożyć w tę książkę. Co prawda, temat przez nią dotknięty, nadal może się wydawać sporej części czytelników brutalne i być może nawet obrzydliwe, jednak zdecydowanie całokształt robi wrażenie. Jednocześnie od razu przestrzegam - Kaci posługują się językiem pełnym przekleństw, co może początkowo popsuć nastrój, jednak wydaje mi się, że po chwili da się odnaleźć w nim oryginalny urok.

Wracając do tematu bohaterów, dawno nie udało mi się spotkać w książkach podobnych charakterów. Od pierwszej chwili wydawali mi się zaskakujący. Nie spotkałam się jeszcze z drugą książką, która opisywałaby problem jąkania się w tak realistyczny, choć chwilami denerwujący sposób (d-d-d-denerwujący). A jednak osoba, która jest właścicielem tej umiejętności, jest bad boyem z typów tych, których spotyka się coraz rzadziej. Prawdziwie brutalny, nieporadny w swych poczynaniach związanych z miłością, a jednocześnie - po prostu starający się spełnić swoje marzenie z odpowiednią uwagą. Mae natomiast nie jest nawet troszeńkę podobna do typowej Mary Sue, której początkowo oczekiwałam. Wręcz przeciwnie, zachowuje się niesamowicie odważnie, z hardością, której nie spodziewałam się u dziewczyny z definicji uratowanej. Pomimo tego, opowieść, jest naprawdę wciągająca. Prawdopodobnie głównie ze względu na akcję, której w tej książce zdecydowanie nie brakuje. Cały czas dzieje się coś, co nakazuje czytelnikowi nie odrywać się od lektury.

Podsumowując, uważam, że dopracowanie mogłoby być drugim imieniem Tillie Cole. Napisała naprawdę interesującą książkę, która porusza jednocześnie bardzo specyficzny temat, a jednak robi to w sposób zaskakująco dobry i oryginalny. Nie korzysta z typowych schematów i tworzy nowe, co zdecydowanie bardzo się ceni. Jedyne problemy, które można mieć z tą opowieścią, dotyczą właśnie tej niestandardowości.

sobota, 28 lipca 2018

"Królowa Cieni" Sarah J. Maas

15:41:00 0 Comments

Pomiędzy tym tomem, a poprzednimi zrobiłam sobie trochę przerwy, żeby jednocześnie delikatnie odsapnąć od świata wykreowanego przez panią Maas, jak również... cóż... odkopać się z innych egzemplarzy recenzenckich, które to akurat mi się nazbierały. Niemniej, po przerwie wróciłam, chociaż z marnym zapałem zapatrywałam się na 800 stronowego kloca, jakim jest ta książka. Mimo to... och, jak to mnie wciągnęło.

piątek, 27 lipca 2018

PRZEDPREMIEROWO: "Mój zawodnik" K. Bromberg

19:29:00 0 Comments
Nr. recenzji: 196
Tytuł: "Mój zawodnik"
Autor: K. Bromberg
Tłumacz: Marcin Machnik
Liczba stron: 293
Data polskiego wydania: 1 sierpnia 2018
Wydawnictwo: editiored
W moim odczuciu: 8/10

W odróżnieniu od wielu innych recenzentów i w ogóle czytelników, nie miałam wcześniej styczności z drugą serią tej autorki - Driven. Niemniej, stwierdziłam, że w trakcie okresu wakacyjnego i tak zbyt wiele nie robię, a może będę wiedziała, czego później oczekiwać... 

Scout jest córką sławnego na cały świat fizjoterapeuty sportowców. Jednak jej ojciec zachorował i nadszedł czas, by dziewczyna zajęła jego miejsce... zaczynając od przywrócenia do pełni sił sławnego baseballisty - Eastona Wyldera. Fatalne problemy z ramieniem i podpisanie kontraktu na całkowity powrót do sił z datą dzienną raczej nie polepszają sytuacji, w której się znaleźli. Dziewczyna jednak wie, że przejęła od ojca to, co najlepsze i nie będzie miała aż takich problemów, aby nie uczynić tego cudu. Więc po bardzo burzliwym pierwszym spotkaniu, pełnym niedowierzania i wątpliwości co do tego, czy Scout w ogóle jest fizjoterapeutą, nastaje czas na to, by ta dwójka spędziła ze sobą kilka miesięcy walcząc o powrót do pełni sił... Co się stanie, jeśli wykroczą poza relację klient - beneficjent i stanie im na drodze uczucie?

Będąc szczerym, to dopiero dzisiaj otrzymałam paczkę, jednak nie mogłam się powstrzymać, aby już dzisiaj nie przeczytać tej książki. Zakopałam się więc w lekturze, która w rzeczywistości okazała się bardzo przyjemna, chociaż raczej nieangażująca. Nie jest to książka, która Was porwie i sprawi, że zostawicie wszystko, czego się chwyciłyście, jednak gwarantuję, że miło spędzicie z nią czas i na kilka godzin oderwiecie się od szarej rzeczywistości, aby miło spędzić czas w towarzystwie baseballu, który w Polsce raczej nie jest aż tak popularnym sportem, a jednak przedstawione podejście do niego, zdecydowanie pełne pasji, zainteresuje najbardziej wymagających. Autorka pisze bardzo dobrze, lekkim stylem, obchodząc się bez większych błędów. Używa głównie dialogów, czasem poświęcając akapit lub dwa na opis sytuacji, jednak zwyczajowo, jeśli już, to skupiając się na uczuciach bohaterów i ich przemyśleniach, co sprawia, że bardzo łatwo nam jest zgrać się z postaciami. Odczucie, jakby to bardziej dobrzy znajomi opowiadali nam swoją historię towarzyszy przez cały czas, właśnie ze względu na dobrą narrację. 

Przeczytawszy tę książkę zdecydowanie przez mój zestaw uczuć przebija się niedosyt. Jest to dobry wstęp do całej serii książek, jednak już na pierwszy rzut oka widać było, że autorka strzępiła informacji i mocnych wrażeń. Dopiero przy końcówce bardzo się postarała, aby zaskoczyć czytelnika zakończeniem, którym uwaga, nie jest tradycyjny ślub, a jednak coś, co nakazuje wręcz w krótkim odstępie czasu sięgnąć po kolejną część, ponieważ zagwarantowano nam wydarzenia pełne wrażeń, a na tę chwilę odeszliśmy z wieloma niewiadomymi. W sumie koniec nic nam nie zdradził, zarówno jak losy bohaterów potoczą się dalej, czy ilość istotnych kwestii, nad którymi trzeba by było się zastanawiać, co gwarantuje nam, że fabuła na drugą część jest dobrze przemyślana oraz zaplanowana. Tylko się cieszyć, chociaż raczej kupujcie tę serię w pakiecie. Pomimo schematyczności niektórych wydarzeń, uwierzcie mi, poczekacie do końcówki i zrozumiecie, że ta książka tak do końca wcale nie jest schematyczna, jak również jest w stanie zaciekawić.  

Podsumowując, pomimo małych potknięć, jeśli chodzi o emocjonujące poprowadzenie fabuły, książka jest interesująca. Dobrze przemyślany pomysł, jak również wykonanie na dobrym poziomie, do którego z całą pewnością również dołożył się tłumacz oraz wydawnictwo, pozwalają nam przeczytać książkę, z którą z łatwością da się spędzić czas, jak również która obiecuje nam naprawdę przyjemną serię. Osobiście nie umiem się już doczekać kolejnej części i mam nadzieję, że się nie zawiodę. 

wtorek, 24 lipca 2018

"W blasku nocy" Trish Cook

15:48:00 0 Comments
Nr. recenzji: 194
Tytuł: "W blasku nocy"
Autor: Trish Cook
Tłumacz: Zuzanna Byczek
Liczba stron: 240
Data polskiego wydania: 11 lipca 2018
Wydawnictwo: Jaguar
W moim odczuciu: +8/10

Mając ochotę na dobry romans, który chociażby na chwilę oderwie mnie od codziennych obowiązków długo nie zwlekałam i sięgnęłam po "W blasku nocy", podświadomie wręcz czując, że będzie to coś idealnego na letni wieczór. Sięgnęłam i dostałam nawet trochę więcej, niż oczekiwałam...

Katie cierpi na bardzo rzadką chorobę, przez którą nie może wychodzić na światło dzienne. Jej życie toczy się więc nocami, kiedy udaje jej się dokończyć liceum nie wychodząc z jej własnego pokoju, czy grając na gitarze na pobliskim dworcu. Od dawna ma jednak jedno marzenie - aby zaznać prawdziwej miłości. Przygląda się codziennie wychodzącemu na trening sąsiadowi i zastanawia się, jakby to było go spotkać oraz czy w ogóle ma szansę na chwilę normalnego, nastoletniego życia. Dzięki szczęściu, jak również małej pomocy najlepszej przyjaciółki w końcu udaje jej się go poznać... Jak potoczą się dalej ich losy, a także jak chłopak w ogóle zareaguje na wieści o chorobie? Cóż...

Okej, na wstępie - kocham autorów XXI w., że starają się nam tak usilnie przybliżyć całkowicie nieznane choroby, żeby pomóc nam zrozumieć punkt widzenia osób, których marzenia dla większości nastolatków są normalnością. XP może nie jest najbardziej okropną chorobą tego świata, jednak warto się z nią zapoznać, żeby jednocześnie otworzyć na nią umysł, jak również po prostu dowiedzieć się czegoś nowego w niesamowicie przyjemny sposób. Tak, przyjemy. Tym razem naprawdę świetnie się bawiłam przy czytaniu książki. Już od pierwszych stron udaje się nam poznać główną bohaterkę, a jednocześnie narratorkę, która narzuca bardzo osobisty i emocjonalny styl całej opowieści. Oczywiście, są to głównie pozytywne uczucia, dziewczyna jest niesamowicie zabawna i chce tą zabawność przekazać swojemu otoczeniu, by jednocześnie umilić im czas, jak również po prostu sama uwielbia być taką, jaką jest. Dzięki temu powieść stała się bardzo wciągająca, przez to, że cały czas człowiek miał ochotę na przywołanie uśmiechu na usta. 

Jeśli miałabym coś zarzucić tej książce, to zdecydowanie fakt jej objętości. Nie zrozumcie mnie źle, ale naprawdę nie dało się tego wszystkiego zmieścić oraz odpowiednio opisać na 240 stronach. Bądźmy szczerzy, wiele wydarzeń dałoby się jeszcze dopracować, by stały się one jeszcze dokładniejsze, a dzięki temu jeszcze bardziej przystępne dla czytelnika. Pominięto kilka miesięcy, a przez to dało się odnieść wrażenie, jakbyśmy nie byli na bieżąco z tym, co aktualnie się działo u bohaterów. Podobało mi się jednak, że autorka postarała się ciągle przeznaczyć odpowiednią liczbę stron na rzecz rozwinięcia wątków pobocznych, dzięki czemu opowieść nabrała rzeczywistego wymiaru. Jednocześnie liczba stron zdecydowanie będzie zachęcająca dla osób, które zwyczajowo nie czytają książek, a jednak - być może ze względu na film, będą chciały spróbować. Wtedy, całe szczęście, osoby będą mogły się całkowicie zrelaksować przy dobrej "poczytance", która mam nadzieję będzie ich prowadziła do ich własnej czytelniczej przygody :)

Podsumowując, książka jest bardzo przyjemna i łatwa do czytania. Zdecydowanie polecam ją czytelnikom, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z czytaniem i chcieliby zacząć od czegoś prostego, a jednocześnie pozwalającego im się odprężyć i cieszyć chwilą. Osobiście polecam.

niedziela, 22 lipca 2018

"Jak upolować pisarza" Sally Franson

10:32:00 0 Comments
Nr. recenzji: 193
Tytuł: "Jak upolować pisarza"
Autor: Sally Franson
Tłumacz: Joanna Dziubińska
Liczba stron: 377
Data polskiego wydania: 18 lipca 2018
Wydawnictwo: Znak
W moim odczuciu: 4/10

Dużo się nasłuchałam o "Diabeł ubiera się u Prady", więc stwierdziłam, że to porównanie może dobrze świadczyć o książce, a mało tego, również sam opis naprawdę mnie zachęcił. Stwierdziłam więc bez żadnych większych zawahań, że dobrym pomysłem będzie przeczytanie tej książki. Cóż...

Casey pnie się po szczeblach drabiny kariery w firmie People's Republic. Ma całkiem przyjemną wypłatę, jednak ciągle chciałaby się stać kimś jeszcze ważniejszym w firmie niż sam dyrektor kreatywny. Entuzjastycznie się zgadza, kiedy jej szefowa proponuje jej nowy projekt, w którym miałaby przekonać najsławniejszych pisarzy do wzięcia udziału w nowej kampanii reklamowej. Zaczyna z wielką werwą oraz zacięciem. Pierwszym na liście jest Ben, z którym prawdopodobnie popełnia już kilka błędów na rozmowie (picie alkoholu przed południem, kiedy cały dzień ma się zawalony pracą, szczerze najlepszym pomysłem nie jest), jednak wszystko kończy się dwoma sukcesami. Raz, ma swojego pierwszego autora do projektu, a dwa widzi nawet na umowie dopisek "Zadzwonię". Później dziewczyna odnosi kolejne sukcesy, nie widząc, że pewne rzeczy mogą się na jej pracy później odbić...

Na pierwsze zaskoczenie nie musiałam dużo czekać. Żyłam sobie w spokojnej bańce mydlanej, w której sobie myślałam, że będzie to powieść obyczajowa połączona z romansem. Dlatego właśnie tak ogromne było moje zdziwienie, gdy zaczęłam czytać i zobaczyłam, że generalnie 3/4 każdej strony zajmowały opisy. Opis na opisie, opis poganiał. Spytacie: co w nich było? Wszystko, totalnie wszystko. Od opisów kwalifikacji Casey, przez głupie retrospekcje, do których jeszcze zaraz przejdziemy, aż po rozpisywanie się o sposobach ubioru, wystroju, czy innych bzdetach. Jakby ktoś chciał czytać tę książkę od deski do deski i po prostu sobie nie odpuścił, twierdząc ambitnie, że przecież da sobie radę, to mogę mu na tym miejscu powinszować. Przecież to można kurwicy dostać, kiedy opisy są aż w takim stopniu głupie i totalnie nic nie wnoszące do książki. Po jakimś czasie, kiedy już powinniśmy znać każdy maluteńki szczegół z życia Casey, już troszeczkę zminimalizowano ilość opisywania wszystkiego dookoła, jednak nadal w świat dialogów wkraczaliśmy naprawdę, ale to naprawdę wolniutkim tempem. 

Cóż, nic dziwnego, że ta opowieść finalnie zajęła 377 stron, napisanych naprawdę malutkim drukiem. Chciałam również na niego narzekać, ale wydaje mi się, że ludziom by dało do myślenia, gdyby książka miała na przykład 600 stron, więc maskowanie tej całej opisomanii pewnie przydało się wydawnictwu. Kolejną dziwotą tej książki jest zaskakująca ilość bohaterów. Poznajemy dość sporo pracowników firmy, poznajemy praktycznie cały zarząd, wszystkich znajomych Casey, jakiś 10 autorów... No bądźmy szczerzy, to jest cała masa bohaterów, a jak na obyczajówkę to może nawet fala powodziowa. A opis każdego z nich zajmował co najmniej stronkę. Naprawdę, genialny pomysł miała autorka, najpierw nas potorturuje opisami, a gdy będziemy błagać o litość to dowali nam taką dawkę bohaterów, że się przez tydzień nie dźwigniemy. Dodatkowo, ilość retrospekcji mogłaby pewnie spokojnie przebić rekord Guinessa. Przykład? Proszę bardzo. Dzieje się jakaś taka zwykła akcja. Przygotowywanie obiadu, jakieś tam zwykłe pogadanki o wydaniu książki. Nagle wkracza na jeden malutki akapicik retrospekcja odnośnie jakiegoś psa. Normalnie przecież z połowa czytelników to pominie, ale ten jeden co to przeczyta to dostanie kurwicy.

Podsumowując, nie posiadam zbyt przyjemnych uczuć, jeśli chodzi o tę książkę. Bardzo bym chciała powiedzieć, że mi się podobała i jest cacy, i w ogóle, jednak chyba nie jestem w stanie. Naprawdę, ta książka ma mnóstwo wad. Trochę ją ratuje całkiem przyjemna historia, która jest nam zaprezentowana, ba, nawet zawiera morał, który jest nawet dobrze poprowadzony. Niemniej, pomiędzy te kartki całkiem dobrej historii powtykano tyle jakiś takich dziwnych "wypychaczy" i Bóg wie, czego jeszcze, że po prostu przesadzono. 4/10, więcej nie jestem po prostu w stanie dać. A szkoda.

sobota, 21 lipca 2018

"Dziedzictwo Ognia" Sarah J. Maas

15:41:00 0 Comments
Nr. recenzji: 192
Tytuł: "Dziedzictwo Ognia"
Autor: Sarah J. Maas
Tłumacz: Marcin Mortka
Liczba stron: 654
Data polskiego wydania: 23 września 2015
Wydawnictwo: Uroboros
W moim odczuciu: +7/10

Seria ta przyciąga dzięki fantastycznym bohaterom, których da się spotkać na każdym kroku. Wciąga jednak, ponieważ pani Maas nie zatrzymuje się, tylko cały czas wymyślnie planuje jak poprowadzić akcję, żeby z tomu na tom całkowicie się zmieniała i to nas wszystkich przyciąga...

Królewska Obrończyni dostała kolejne zadanie, które wymaga od niej wyjechania do bardzo odległej krainy. Ma się tam zająć planowaniem kolejnego morderstwa, jednak po bardzo szybkim rozgryzieniu strategii żołnierzy, musi sobie radzić bez grosza przy duszy. Właśnie taką znajduje ją Rowan - wiekowy Fae, który zaprowadza ją do swojej królowej. Okazuje się, że tamta dysponuje informacjami koniecznymi dla Cealeny, jednak stawia warunek, że musi się stać ich godna. Dziewczyna musi więc przejść przez kolejny trening, który tym razem będzie zawierał zarówno walkę wręcz, władanie mocą, czy nawet... mycie garów w kuchni. Co więcej, jej trenerem zostaje sam książę Rowan, co jest chyba jeszcze bardziej niepokojące... W odległym Adarlanie książę Dorian poznaje uroczą uzdrowicielkę, z bitwy powraca generał Aedion, a Chaol stara się rozgryźć jak najwięcej zagadek, by jak najszybciej pomóc swojej przyjaciółce...

Gdy człowiek zabiera się za tą książkę i zauważa, że kolejny raz główna bohaterka musi przejść szkolenie, a ponad to jeszcze dodatkowo ma zmywać gary, to jest to delikatnie deprawujące. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że jak kolejny raz się czyta ten wątek, to jest to jak czytanie o tym samym. Jednak całe szczęście akcja szybko zaczęła mknąć w trochę inną stronę, odbiegając od szkolenia samego w sobie, Rowan i Cealena zaczęli rozwiązywać pewną zagadkę, dotyczącą potwora, który porywał i zabijał pół-Fae z okolicznych wiosek. Na wskutek tego, akcja zaczęła nabierać tempa i zaczęło się dziać coś naprawdę interesującego. Dodatkowo, wszystko nabrało trochę innego klimatu niż w poprzednich częściach. Tym razem zniknął sielankowy nastrój książki. Zabraliśmy się za poważniejsze sprawy, które mają w przyszłości zaważyć na losach większej ilości ludzi, więc z książki zniknął prawie cały humor. Ciężko jednak to odebrać jako jakąś ujmę dla opowieści, ponieważ ta bardzo dobrze się broni sama. 

Ponadto wprowadzona została spora liczba wątków pobocznych. Niektóre postacie poznaliśmy już w poprzednich tomach, kilkoro z nich jest dla nas jednak całkowicie nowych. Być może z początku jest ciężko się odnaleźć wśród nich, jednak z mojej obserwacji wynika, że tylko jeden wątek - jedna osoba może okazać się nowością na tyle, że nam nie zapadnie w pamięć. Natomiast cała reszta - historie przeplatają się z prawdziwą gracją, lawirowanie pomiędzy nimi w większości przypadków jest bardzo łatwe i przyjemne, dodatkowo autorka bardzo szybko nauczyła się przyciągać do nich czytelnika. Przeplata wolną akcję z wartką i doprowadza do nas licznych skoków ciśnienia. Jest to bardzo dobrze przemyślane, ponieważ po prostu nie da się nie wciągnąć. Całe szczęście w żadnym momencie zabieg ten nie stał się nachalny, a lawirowanie było bardzo dobrze poprowadzone. Podobny zabieg stosowany jest często w serialach, które obracają się przykładowo wokół paczki przyjaciół. Choć z daleka może się wydawać podobnym, nie przypominał tego ciężkiego zmieniania całej perspektywy jak to następuje przykładowo w "Grze o Tron", tylko wątki dodatkowo się przeplatają, co pozwala czytelnikowi się odnaleźć.

Podsumowując, pani Maas znowu odnalazła się w czymś całkowicie innym. Zrobiła to prawie bezbłędnie, co po raz kolejny poskutkowało tym, że zdecydowana większość czytelników znowu ocenia tę książkę coraz lepiej. W końcu w tym tomie nawet odbyła się prawdziwa bitwa, a więc coś na co żądni krwi czytelnicy czekali już od dwóch tomów. Wydaje mi się, że tom spełni oczekiwania fanów serii, a osobiście ocenię go jako 7+/10.

wtorek, 17 lipca 2018

Przedpremierowo: "Skrzywdzona" Natasha Preston

15:24:00 0 Comments
Nr. recenzji: 190
Tytuł: "Skrzywdzona"
Autor: Natasha Preston
Tłumacz: Karolina Pawlik
Liczba stron: 350
Data polskiego wydania: 18 lipca 2018
Wydawnictwo: Feeria Young
W moim odczuciu: 4/10

Po książkę sięgnęłam całkowicie nie znając twórczości pani Natashy Preston. Przeczytawszy opis, miałam małą nadzieję, że książka okaże się romansem, która zgasła jeszcze szybciej, gdy udało mi się przeczytać informacje z wydawnictwa odnośnie thrilleru jakim może okazać się ta opowieść...

Scarlett nie pamięta żadnego wydarzenia sprzed czwartych urodzin. Zawsze ją zastanawiało, co się z nią stało, że straciła pamięć. Jej rodzice tłumaczyli, że wydarzył się wielki pożar, a w skutek stresu pourazowego lub czegoś podobnego, zapomniała o wszystkim. Żyła z tym prawie pogodzona do czasu, kiedy w jej szkole pojawił się nowy uczeń i zaczął się nią interesować, a wszystko zrobiło się dziwniejsze. Wydawał się być chłopakiem idealnym, czułym, dbającym o każdy szczegół, bardzo różniącym się od wszystkich innych nastolatków. A później zdarzył się wypadek, w skutek którego zaczęły się jej sny, zawierające prawdopodobnie wydarzenia z przeszłości. Niestety, różniące się zdecydowanie od tego, co mówili jej rodzice. O co chodzi z tymi snami i jaką rolę w tym wszystkim odgrywa Noach?

Zdecydowanie nie można powiedzieć, że całościowo ta książka jest zwyczajna. Porusza ważny temat, którego tutaj nie zdradzę, ponieważ uważam, że okazałby się on spoilerem i mógłby odebrać części czytelników całą frajdę z czytania. Jeśli ktoś na swoją odpowiedzialność chciałby się dowiedzieć, to zapraszam do komentarzy. Bezspoilerowo: autorka przybliżyła trochę ślepe wierzenie i niedopuszczanie do siebie absolutnie innej wersji społeczeństwa niż określona. Zdecydowanie wspomniany temat  jest bardzo niepowtarzalny, jeśli chodzi o książki młodzieżowe. Mało kto odważy się napisać opowieść o takim ciężkim, wydawałoby się, morale. Książka zaczyna się od bardzo sielankowej akcji, kiedy to główna bohaterka poznaje miłość swojego życia i przeżywają piękne wspólne chwile. Są szczęśliwi, a my jakoś brniemy przez te miłe chwile, tylko pobieżnie zainteresowani. Potem pojawiają się strony, w których Noach staje się narratorem i jesteśmy w stanie od razu powiedzieć, że skrywa on jakąś tajemnicę. Uważam, że to też jest sztuka - napisać rozdziały tak, by ewidentnie ujawnić czytelnikowi, że coś ukrywamy, a jednocześnie absolutnie nie zdradzić, co dokładnie i na czym to polega, tylko dawkować kawałeczek po kawałku przez całą książkę części tej tajemnicy...

Za styl oraz język, jakim posługuje się autorka, zdecydowanie mogą polecieć punkty zainteresowania każdego czytelnika. Nie zrozumcie mnie źle, jest okej, jednak jest to taki typowy, bardzo naiwny styl, który bardzo często jest używany właśnie w książkach młodzieżowych, polegający na używaniu bardzo prostych sformułowań oraz powszechnym niedopracowaniu szczegółów. Okej, niby większość młodzieżówek z tego słynie, ale znowu nie wszystkie i wydaje mi się, że można było wymagać czegoś lepszego, niż nam zaproponowano. Ach, nawet i sam fakt, że bohaterka robi takie zamieszanie na temat tego, że nic nie pamięt sprzed czwartego roku życia. Przepraszam bardzo, czy ktokolwiek na sali pamięta jak był, np. karmiony piersią? Nie? O kurczę, na pewno wyrządzono Wam krzywdę w dzieciństwie, zresztą tak samo mnie. Bez przesady, straszliwie naiwna ta książka stawała się czasami, często do tego stopnia, że nie dość, iż niesamowicie rzucało się to w oczy, jak również po prostu było to ciężkie do zniesienia. Nadrabiać wszystko muszą oczywiście bohaterowie, a dokładniej główny bohater płci męskiej, który jednocześnie tak bardzo się poświęca każdej sytuacji, jak również cały czas coś kręci, że było to wprost niesamowite. A poza tym, nawet w momencie, gdy na jaw wyszła cała tajemnica, ciężko było tak po prostu go znielubić i podejrzewam, że zdecydowana większość czytelników tego nie zrobi. 

Podsumowując, książka porusza ważny i bardzo interesujący temat, którego dosłownie w recenzji nie wypowiem, ponieważ coś podobnego mogłoby absolutnie odebrać całą frajdę z czytania i stopniowego odkrywania tajemnicy, z czym to pani Preston bardzo dobrze sobie poradziła. Bardzo łatwo da się zauważyć defekty, jeśli chodzi o styl pisania i szczegóły wszystkich akcji, jest to książka z rodzaju tych, gdzie osoby za bardzo skupione będą jęczeć, jednak nadal ma w sobie coś przyciągającego. Osobiście dam 4/10, ponieważ sprawy pt: "czy czyta się dobrze", są dla mnie przynajmniej tak samo ważne, jak poprowadzenie wątku fabularnego.

sobota, 14 lipca 2018

"Korona w Mroku" Sarah J. Maas

19:16:00 0 Comments
Nr. recenzji: x
Tytuł: "Korona w Mroku"
Autor: Sarah J. Maas
Tłumacz: Marcin Mortka
Liczba stron: 495
Data polskiego wydania: 2 kwietnia 2014
Wydawnictwo: Uroboros
W moim odczuciu: 8/10

Za długo nie czekałam z zabieraniem się za kolejny tom tej jakże wspaniałej serii... Jednak może to dlatego, że ona promieniuje jakimiś fluidami, które trafiają prosto do serducha ze słowami: weź mnie czytaj, bo chcesz się dowiedzieć, co będzie dalej...


Cealena została Królewską Obrończynią, nadal jednak ma swój rozum i serce. Pamięta krzywdy, które jej wyrządzono, a także po głębokich przemyśleniach stwierdza, że nie ma zamiaru zabijać osób wytypowanych przez króla. Większość z nich nie ma z byciem zdrajcą nic wspólnego, a ich śmierć łatwo zatuszować. Wybiera niebezpieczną ścieżkę, jednak czuje, że jest jeszcze kilka tajemnic do odkrycia. Nie zamierza się poddać. Dodatkowo bardzo blisko niej nagle zaczyna się znajdować Kapitan Gwardii...

Cóż, nastał koniec z głupotami i przeszliśmy do prawdziwej akcji, która zdecydowaną większość czytelników zainteresuje, ponieważ jej najprościej nie da się oprzeć. Koniec z dennymi opisami ubiorów, na rzecz jeszcze bardziej wciągającej i wartkiej akcji. Duża dawka wydarzeń zmieszczona na bardzo małej przestrzeni - uwierzcie mi, że ciężko uwierzyć, że ta książka naprawdę ma 500 stron. Odnoszę wrażenie, że autorka ledwo się w nich zmieściła. Naprawdę, nie było czasu na nudę, a strony przeskakiwały w zabójczym tempie. Kto by pomyślał, że będzie się takie książki czytać w jeden dzień? Dodatkowo, kolejna dawka przygód jest wzmocniona przez grubą warstwę tajemnic. Tak prawdę mówiąc, każdy, ale to absolutnie każdy teraz coś ukrywa. Wliczając w to główną bohaterkę oczywiście, która niesamowicie wydoroślała na tle tego jednego tomu. Już nie zachowuje się jak nastolatka, tylko rzeczywiście widać we wszystkich jej ruchach jej bycie zabójczynią. Oczywiście, z wyjątkami na bycie kobietą i zakochiwanie się, któremu to niesamowicie wdzięczna będzie cała kobieca część widowni. 

Cieszyć nas może fakt, że autorka bardzo wiele uwagi poświęca każdej z postaci. Główni bohaterowie są świetnie wykreowani, jednak na przestrzeni tego jednego tomu już widać było, że starała się wprowadzić drobne poprawki w ich zachowanie, by mogli stać się jeszcze bardziej realistyczni i by to właśnie oni mogli porwać czytelnika, prawdziwie sprawić, żeby książka mu się spodobała. Ich uczucia były bardzo jasno ukazane, dzięki bardzo zgrabnemu przeskakiwaniu narratora pomiędzy bohaterami. Zapomnijcie o prowadzeniu akcji w stylu "Gry o tron", od dzisiaj pani Maas powinna zacząć wyznaczać trendy. Mogliśmy wiedzieć wszystko, poznawać kolejne tajemnice, a jednak to wcale nie ujmowało zabawny. Nie, wręcz przeciwnie, bohaterowie nadal byli w stanie z łatwością nas zadziwić. Proszę Was, pani Maas była w stanie człowieka zagiąć nawet zwyczajną kołatką, która z jakiegoś powodu została obdarzona ponadprzeciętnym poczuciem humoru. Nie wiem, jakim cudem byłam w stanie o niej zapomnieć po przeczytaniu "Szklanego tronu" po raz pierwszy, ale jeszcze raz pokochałam jej charakter, gdy tylko dane mi było ją poznać.

Podsumowując, jak już mówiłam. Z każdym tomem idziemy ku lepszemu, a pani Maas nie przestaje zaskakiwać. Dbałość o wszelkie detale i wymyślanie kolejnych problemów z głową staje się jej kluczem do sukcesu. Poprawiła "głupiutką bohaterkę", dodała tajemnice, a podsyciła to wszystko gadającą kołatką. Amen i proszę, dajcie mi więcej.